Irlandzka przygoda z Erasmus+: Kreatywność, kultura i siła wspólnoty
Fundacja Różne Wątki udowodniła, że marzenia o edukacji i o poznanawaniu nowych krajów nie mają granic ani wieku. W ramach programu Erasmus+ Edukacja dorosłych dziesięcioosobowa grupa uczestniczek w wieku senioralnym pod opieką zarządu Fundacji wyruszyła do Dundalk w Irlandii na grupową mobilność dorosłych osób uczących się. Celem było nie tylko doskonalenie umiejętności, ale przede wszystkim odkrywanie nowych form twórczości i wartości europejskich.
An Táin Arts Centre – serce kultury w Dundalk
Naszym gospodarzem było An Táin Arts Centre, niezależne centrum sztuki, które jest prawdziwym domem dla artystów i mieszkańców Dundalk. W jego przestrzeni znajdują się dwie sceny teatralne, galeria sztuki, pracownie artystyczne i sale warsztatowe. Centrum oferuje bogaty program wydarzeń: spektakle, koncerty, wystawy, kluby książki, warsztaty i spotkania z twórcami. Co więcej, prowadzi program rezydencji artystycznych, wspierając lokalnych twórców poprzez stypendia, przestrzeń do pracy i możliwość rozwijania projektów w inspirującym otoczeniu. [antain.ie], [dundalkdemocrat.ie]
To właśnie dzięki temu programowi poznaliśmy pisarkę z Dundalk, Radhikę Iyer – dawną stypendystkę An Táin Centre – która poprowadziła dla naszej grupy warsztaty kreatywnego pisania. Był to czas intensywnej pracy i zabawy: tworzyłyśmy próbki literackie, ćwiczyłyśmy kreatywne rozwiązywanie problemów, myślenie wizualne, budowanie postaci. Rysowałyśmy z zamkniętymi oczami, opisywałyśmy zdjęcia z gazet, czytałyśmy swoje teksty i dawałyśmy sobie informacje zwrotne. Były nawet prace domowe – prawdziwa szkoła kreatywności!
Za kulisami sztuki
Dyrektor An Táin Arts Centre, Paul Hayes w towarzystwie swojego trzymiesięcznego synka, oprowadził nas po wszystkich zakamarkach budynku. Zajrzałyśmy za kulisy sceny, na której jeszcze tydzień wcześniej występował legendarny wokalista Sex Pistols – Johnny Rotten. Mogłyśmy też podglądać próby aktorskie do nadchodzącej premiery. To doświadczenie pozwoliło nam poczuć puls lokalnej kultury i zobaczyć, jak sztuka łączy ludzi.
Spotkania, które budują wspólnotę
W czasie wolnym spotkałyśmy się z kobietami, które w pandemii założyły lokalną organizację sąsiedzką, by przeciwdziałać samotności i wykluczeniu społecznemu – Women’s Shed. Przy herbacie i cieście oraz przy przywiezionym przez nas ptasim mleczku – rozmawiałyśmy o sile wspólnoty i o tym, jak ważne jest wzajemne wsparcie.
Spacerując po Dundalk, odkrywałyśmy miasto pełne artystycznych murali, które nie tylko zdobią ulice, ale zapraszają do świata sztuki. W wolnym czasie odwiedziłyśmy też Dublin oraz średniowieczną wioskę Carlingford nad zatoką, zaledwie 8 km od granicy Irlandii Północnej. Te miejsca zachwyciły nas historią i atmosferą.
Rezultaty i wartości
Efektem naszej pracy jest 10 opowiadań, które powstały w ramach projektu – namacalny dowód kreatywności i zaangażowania. Jednak najważniejszym rezultatem jest coś więcej: grupa zaprzyjaźnionych osób, które lubią spędzać ze sobą czas, potrafią się wesprzeć w trudnych chwilach, uwielbiają się razem śmiać i które zrozumiały, że … nigdy nie jest za późno.
Program Erasmus+ promuje wartości takie jak otwartość, solidarność, równość szans i współpracę międzynarodową. Nasza Błońska Fundacja implementuje je poprzez tworzenie projektów dostępnych dla wszystkich, budowanie mostów między kulturami i wzmacnianie lokalnej społeczności. Wyjazd do Irlandii pokazał, że edukacja dorosłych to nie tylko nauka – to droga do aktywności, samorealizacji i poczucia wspólnoty.
Nazywał się Jarosław Mądry. Miał 38 lat, ale wyglądał o wiele młodziej. Był wysoki i szczupły, miał gęste ciemne włosy opadające niesfornie na wysokie czoło. Niebieskie oczy otoczone długimi rzęsami i drobne piegi na twarzy dodawały mu chłopięcego uroku.
Wśród znajomych, szczególnie płci pięknej uchodził za przystojnego , ale bardzo nieprzystępnego chłopca. Sam nie rozumiał dlaczego tak się zachowuje, dlaczego ma w sobie tę chorobliwa nieśmiałość. Krępowały go zaciekawione spojrzenia dziewcząt, nie lubił niewinnych zaczepek czy komplementów pod swoim adresem. Każda uwaga na temat jego powierzchowności peszyła go i blokowała próby nawiązania bliskich relacji. To było dziwne nawet dla niego, bo w głębi duszy marzył o własnej rodzinie, kochającej kobiecie i dzieciach, z którymi stworzyłby swoje miejsce na ziemi. Te kompleksy powodowały, ze coraz częściej wybierał samotność.
Uwielbiał przyrodę, dlatego swój wolny czas spędzał w lesie. Godzinami obserwował zwierzęta leśne i ptaki. Jego nieodłącznym sprzętem w tych wędrówkach był aparat fotograficzny. W ciszy i skupieniu czekał aby zatrzymać w obiektywie otaczający go świat. Te zdjęcia były jego pasją. Czuł, że to co robi jest sztuką. Znikały wtedy kompleksy , czuł się szczęśliwy jednak nie miał z kim dzielić tej radości.
Pewnego dnia przyszło mu do głowy, aby zdjęcia, które wykonał w ciągu ostatnich trzech miesięcy umieścić w Internecie. Zrobił to na kilku profesjonalnych i co najważniejsze darmowych stronach. Nie liczył na wiele, ale chciał aby ktoś jeszcze zobaczył i ocenił jego prace. Nie minęło pół godziny, gdy na czacie ktoś poprosił go o kontakt w sprawie jego zdjęć. Okazało się, że przypadkiem zobaczyła je Anna, wnuczka słynnego łowcy talentów w dziedzinie fotografii. Jej dziadek, Tom Lang, był człowiekiem z wielkim doświadczeniem w dziedzinie fotografii. Mieszkał w Waszyngtonie i właśnie poszukiwał nowatorskich zdjęć przyrodniczych do kolejnego numeru National Geographic. Prace Jarosława spodobały się jego zespołowi redakcyjnemu, dlatego poprosił go o wysłanie pełnego portfolio. Jarosław długo wahał się, zanim wysłał swoje portfolio. Wiedział, że to szansa, jakiej może już nigdy nie dostać, ale w głowie wciąż kłębiły się wątpliwości: czy naprawdę jest wystarczająco dobry? Czy to nie pomyłka? Mimo to kliknął „wyślij” i przez następne dni nie mógł myśleć o niczym innym.
Wreszcie nadszedł e-mail z zaproszeniem do współpracy. Jarosław nie mógł uwierzyć w to, jak szybko jego życie nabrało barw. Wystarczył jeden mail, jedno zaproszenie, by wszystko zaczęło się zmieniać.
Podróż do Waszyngtonu była dla niego pierwszą wyprawą za ocean. Czuł lęk, ale i ekscytację — jakby
wreszcie miał stanąć twarzą w twarz z własnym przeznaczeniem. Na miejscu przyjęto go serdecznie.
Tom Lang okazał się człowiekiem ciepłym i skromnym, pełnym zawodowej pasji. Od razu dostrzegł w
Jarosławie nie tylko talent, ale też wrażliwość i szczerość, której brakowało wielu doświadczonym fotografom. Jarosław został włączony do współpracy w nowatorskim projekcie dla Yellowstone. Było to dla niego spełnieniem marzeń. Z każdym kolejnym dniem nabierał pewności siebie. Kiedy jego pierwsze zdjęcie pojawiło się na okładce magazynu, poczuł, że całe dotychczasowe życie- samotność, nieśmiałość, godziny spędzone w lesie- miały sens.
Pewnego dnia, podczas wyjazdu zdjęciowego do Parku Yellowstone, wreszcie poznał Annę, wnuczkę
Toma Langa, młodą biolog, która asystowała zespołowi w dokumentowaniu dzikiej przyrody. To ona
kilka miesięcy wcześniej dostrzegła jego prace w Internecie i pokazała je Tomowi. Jarosław wiedział o
tym i był jej wdzięczny za szansę na udowodnienie swoich możliwości. Jednocześnie Anna podobała
mu się. Miała w sobie spokój i ciepło, które od razu go urzekły. Rozmawiali godzinami o zwierzętach,
podróżach i marzeniach. Podobnie jak on, najlepiej czuła się wśród drzew i śpiewu ptaków. Pracowali
razem przez wiele tygodni, a między nimi stopniowo rodziła się więź. Po kilku miesiącach ich
znajomość przerodziła się w miłość. Nie było fajerwerków ani nagłych wyznań tylko zwykła, spokojna
bliskość. Razem planowali kolejne wyprawy fotograficzne, a Jarosław coraz częściej myślał, że
wreszcie znalazł swoje miejsce na ziemi. Nie był już tym samym nieśmiałym człowiekiem, który bał się
spojrzeń innych. Wiedział, że nie osiągnął wszystkiego, o czym marzył, ale miał to, co najważniejsze –
spokój, pasję i kogoś, z kim mógł się tym dzielić.
I to mu w zupełności wystarczało.
Agnieszka
Obudziłam się dziś pół godziny przed budzikiem. Spodziewałam się tego, ponieważ zawszę budzę się wcześniej, kiedy muszę się wybrać w daleką podróż, a dziś właśnie taka mnie czekała. Z samego rana musiałam zdążyć na pociąg z Gdańska do Krakowa, aby dojechać w porę na wesele mojej kuzynki Marty. Przeleżałam w łóżku jeszcze kilka minut, zanim zdecydowałam się wstać. Zasapana, powolnym krokiem, udałam się do łazienki i spojrzałam się w lustro.
Szczerze mówiąc, ten dzień nie zapowiadał się najlepiej. Oczywiście, nie mogłam podzielić się tą myślą z nikim innym, ale nie miałam najmniejszej ochoty jechać na to wesele. Nigdy nie miałam dobrego kontaktu z Martą i choć ciężko się do tego przyznać, po prostu jej zazdrościłam. Miała wszystko; piękny dom, nieprzeciętną urodę oraz przystojnego, bogatego narzeczonego. Westchnęłam, myśląc o tym, że do końca dnia będę musiała przybrać wymuszony uśmiech i udawać, że cieszę się szczęściem kuzynki.
Wyszykowałam się, zjadłam śniadanie i ruszyłam w drogę. Jadąc tramwajem na dworzec, wciąż rozmyślałam o czekającym mnie wieczorze. Dlaczego aż tak bolało mnie szczęście Marty? Przecież powinnam się z tego powodu cieszyć, ponieważ mi samej w życiu powodzi się w bardzo dobrze. Jestem osobą bardzo ambitną i sumienną, ciężko zapracowałam sobie na pozycję dyrektorki, w prężnie rozwijającej się firmie. Byłam dumna z tego co samodzielnie osiągnęłam. Może to właśnie byt powód moich negatywnych uczuć. Marta nigdy nie musiała ciężko pracować na swój sukces. Sama pochodziła z bogatej rodziny, a teraz miała wżenić się w kolejną. Czułam, że jest to po prostu niesprawiedliwe.
Weszłam na peron, a głośny sygnał nadjeżdżającego pociągu wyrwał mnie z moich myśli. Otrząsnęłam się i weszłam do pociągu. Po chwili znalazłam swój przedział i usiadłam na wyznaczonym miejscu. Założyłam słuchawki, odwróciłam głowę w stronę okna i wróciłam do rozmyślania. Miałam szczęście, ponieważ trafił mi się całkowicie pusty przedział. W ten sposób, samotnie, spędziłam pierwszą godzinę podróży.
Gdy dotarliśmy na kolejną stacje, drzwi do mojego przedziału po raz pierwszy się otworzyły. Stanęła w nich kobieta. Była bardzo chuda, a przez jej włosy w kolorze mysiego blondu, przedzierały się pierwsze oznaki siwizny. Po krótkiej chwili oderwałam od niej wzrok i powróciłam do kontemplowania widoku za oknem. Kobieta usiadła naprzeciwko mnie. Kątem oka widziałam, że intensywnie mi się przygląda. W końcu nieśmiało zapytała.
– Zosia… czy to ty?
Spojrzałam się w jej stronę. Dopiero po dłuższej chwili ją rozpoznałam. Byłam w kompletnym szoku, kiedy doszło do mnie, że to Ania, moja najlepsza przyjaciółka z czasów liceum. Nie widziałyśmy się od ponad dziesięciu lat, a Ania przez ten czas zmieniła się nie do poznania. Kiedy ostatni raz się widziałyśmy, Ania była przepiękną, młodą kobietą, zawsze zadbaną i uśmiechniętą. Teraz wyglądała zupełnie inaczej. Była wychudzona, zaniedbana i mimo że, obie w tym momencie zbliżałyśmy się do trzydziestki, Ania wyglądała na co najmniej piętnaście lat starszą ode mnie.
Musiała dostrzec szok i niedowierzenie na mojej twarzy, bo z zawstydzeniem powiedziała, że zdaje sobie sprawę z tego jak się zmieniła i nie wini mnie za to, że jej nie poznałam. Od razu zaczęłam nerwowo zaprzeczać, jednak delikatnym uśmiechem, dała mi znać, że nie jest urażona. Zaczęłyśmy rozmawiać.
Wygląd Ani był dla mnie szokiem, nie tyko ze względu na to, jak zapamiętałam ją z lat nastoletnich. Wynikało to również z tego, że wyobrażałam sobie jej obecne życie kompletnie inaczej. Za czasów liceum, miałyśmy bardzo podobne plany na życie. Obie chciałyśmy osiągnąć ogromny sukces i spełniać się w karierze zawodowej. Sumiennie tworzyłyśmy razem plan, jak spełnić nasze marzenia. Po maturze, Ania planowała studia w Poznaniu, ja natomiast bardziej skłaniałam się do pozostania w naszym rodzinnych Gdańsku. Planowałyśmy jednak wspierać się i wciąż pielęgnować naszą przyjaźń, mimo dzielącej nas odległości. Na ten moment, ledwo pamiętam o co pokłóciłyśmy się pod koniec klasy maturalnej. Ania usłyszała krzywdzącą plotkę na swój temat i była pewna, że to ja byłam jej twórcą. Z obu stron padło wiele nieprzyjemnych słów. Nasza kłótnia bardzo mocno i szybko eskalowała i koniec końców, przez jakąś nasza przyjaźń z hukiem się rozpadła.
Ania wyznała, że zaraz po maturze życie pokrzyżowało jej plany. Jej babcia, która przez lata wychowywała ją sama, ciężko zachorowała. Ania była zmuszona wrócić do małej, rodzinnej wsi pod Gdańskiem i zająć się ukochaną babcią. Początkowo próbowała połączyć studia z rodzinnymi obowiązkami, jednak szybko okazało się, że nie będzie to możliwe. Leczenie babci było ogromnym obciążeniem finansowym, więc po pierwszym semestrze, Ania zrezygnowała ze studiów i zaczęła prace w niewielkiej, lokalnej restauracji.
Po wysłuchaniu tej historii zrobiło mi się niezmiernie głupio. Cały poranek spędziłam na rozmyślaniu nad niechęcią do Marty, mając sama niezwykle udane życie. Zaczęłam na głos wyrażać Ani moje współczucie, jednak ona ponownie uśmiechnęła się, mówiąc, że go nie potrzebuje. Ku mojemu zdziwieniu, Ania stwierdziła, że na chwilę obecną jest bardzo szczęśliwa i usatysfakcjonowana tym, jaki obraz przybrało jej życie. Pierwsze lata byty dla niej niezwykle ciężkie. Pracowała dniami i nocami, aby wesprzeć swoją rodzinę, co odbiło się na jej wyglądzie. Każdą wolną chwile spędzała z babcią. Pracując w restauracji, poznała swojego obecnego męża, który byt jej klientem. Babcia od razu pokochała go jak syna i oficjalnie stał się częścią ich rodziny. Teraz, Ania razem z mężem ciężko pracują, aby wykupić kiedyś restauracje w której się poznali, a z każdym dniem są coraz bliżej tego celu. Chociaż jej plany na życie byty zupełnie inne, każdego dnia cieszy się chwilami spędzonymi ze swoją rodziną – babcią oraz mężem. Żyją skromnie, ale maja siebie, co daje im największe szczęście.
Rozmawiałyśmy w pociągu jeszcze długi czas. Na koniec obiecałyśmy sobie nawzajem, że na pewno się niedługo spotkamy. Opowieść Ani dała mi zupełnie nową perspektywę, zarówno na dzisiejszy wieczór, jak i na całe życie. Jeszcze nigdy nie dostałam tak dobitnej, jak i pięknej lekcji. Wcześniej nie potrafiłam doceniać tego co miałam, wszystko co osiągnęłam wydawało się być niewystarczające. Dopiero teraz zrozumiałam, że powinnam doceniać każdy dzień swojego życia. Ania uświadomiła mi nie tylko to, że spełniłam wszystkie swoje marzenia, ale nawet gdybym tego sukcesu nie osiągnęła i tak mam w swoim życiu mnóstwo rzeczy, za które powinnam być wdzięczna, rzeczy które powinny dawać mi radość każdego dnia.
Idąc na wesele Marty, z mojego porannego, negatywnego nastawienia nie zostało już nic. Szłam uśmiechnięta, nie mogąc doczekać się wspólnego świętowania szczęścia mojej kuzynki, na które w pełni zasługiwała. Tak jak każdy z nas, niezależnie, dokąd zaprowadzi nas życie.
Krystyna
Miła, uśmiechnięta blondynka Ania Jaworska pracuje w korporacji w kancelarii adwokackiej. Już po studiach zaczęła pracować by mieć pieniądze na podróże i zwiedzanie. Zawsze była ciekawa świata. Zwiedziła z koleżanką Pragę, Wiedeń, Rzym, a następnym kierunkiem była Barcelona. Poczytały o stolicy Katalonii i ułożyły plan zwiedzania. Zaczęły od Sagrady Familii, a następnie dalej szlakiem Gaudiego i inne atrakcje. Po trzech dniach zwiedzania zabytków zainteresowały się Stadionem Camp Nou. Podziwiały wystawy sportowe i filmiki z meczów, sylwetki znanych piłkarzy. Rozmawiały po Polsku o swoich wrażeniach. W pewnym momencie usłyszały po polsku komentarze do swojej rozmowy. Nawiązała się dyskusja z dwoma kolegami z Polski. Byli zdziwieni, że dziewczyny tak znały temat piłki nożnej.
Do dalszej rozmowy zostały zaproszone do kawiarni. Przy dobrej kawie zakończyli rozmowę o piłce i zostały zaproszone do wspólnego zwiedzania Barcelony. Po powrocie do kraju spotkali się na kawie w Warszawie. Mile wspominali Barcelonę i wspólnie spędzony czas. Koledzy byli studentami Politechniki Warszawskiej.
Po kilku spotkaniach w klubach studenckich, między Anią a Kubą ‘zaiskrzyło’. Po dwóch latach wzięli ślub. Ania podjęła pracę w kancelarii adwokackiej, a Kuba w biurze projektowym.
Po trzech latach od ślubu urodziła się Iwonka, a potem Mikołaj. Ich wspólną pasją dalej są podróże i sport.
Po kilku latach, jak dzieci podrosły, znowu zaczęli podróżować i zwiedzać. Dużo ciekawszych doświadczeń mogli przekazać dzieciom. W Alpy pojechali, żeby nauczyć się i dzieci jeździć na nartach. Wkrótce to stało się ich sportem. W każdą zimę jeżdżą ‘szusować’ po górach. Mieszkają w Warszawie, która jest ‘zakorkowana’, dużo czasu zabiera dojazd i powrót z pracy. Zanim odbiorą dzieci ze szkoły, mało zostaje czasu na inne zajęcia z dziećmi i spotkania z przyjaciółmi. Myślą o zmianie zamieszkania. Rodzice mieszkają na wsi i prowadzą gospodarstwo. Przekazali im działkę pod budowę domu. Zdecydowali się na budowę, żeby poprawić komfort życia swojej rodzinie.
To było ich marzeniem, a marzenia się spełniają.
Krystyna
Julia Borek, 65 letnia, niedawno przeszła na emeryturę. Wstała o godzinie 8 rano, spędzając długi poranek przy kawie w ulubionej piżamie w stokrotki. Około godziny 11 zadzwonił Tadek, pytając czy nie chciałaby wziąć z nim udziału w gminnym konkursie na wypieki. Julka zgodziła się, bo pieczenia ciast było jej ulubionym zajęciem. Miała dużo pomysłów co do smaków. Swoimi ciastami częstowała zaproszone koleżanki i kolegów. Na początku mieli zrobić ciasto czekoladowe, ale Julka, nie lubiąc czekolady, powiedziała, że wolałaby zrobić jej ulubione malinowe ciasto. Tadek zgodził się. W dzień konkursu Julka założyła swoją ulubioną zieloną sukienkę i razem z Tadkiem udali się na ogłoszenie wyników. Okazało się, że jednym z jurorów był kolega z byłej pracy, którego nie znosiła, a w dodatku miał na sobie okropny żółty sweter, którego również nie lubiła, ponieważ bardzo raził w oczy. Na domiar złego podczas ogłoszenia wyników zaczęło padać, a Julia bardzo nie lubiła deszczu. Okazało się jednak, że razem z Tadkiem wygrali konkurs, a w prezencie dostali dwa miksery z jej ulubionej firmy. Teraz myśli o stworzeniu kącika kulinarnego dla miejscowej gazety. Julka jest otwarta na spotkania, rozmowy oraz działanie. Jest emerytką, a chętnie spotyka się z przyjacielem. Zbliża ich działanie poprzez przystąpienie do konkursu pieczenia ciast.
W roku 2025, gdy Julka miała 77 lat, los uśmiechnął się do niej. Wiosną dostała propozycję wyjazdu na siedem dni do Irlandii. Fundacja „Różne Wątki” postawiła na edukację dorosłych poprzez mobilność grupową. Panie reprezentujące fundację zajęły się uczestniczkami projektu z najwyższymi standardami etycznymi. Raz w tygodniu uczestniczki spotykały się z liderką, ucząc się podstawowych słówek języka angielskiego. Julka miała kłopoty z zapamiętywaniem, ale się nie poddawała i ćwiczyła. Okazało się, że ćwiczenia pod okiem wyrozumiałej liderki nie poszły na marne.
Na spotkaniach były prowadzone zajęcia na ćwiczenie pamięci. Julka była bardzo zadowolona ze spotkań przy herbatce, a nawet smacznej pizzy pani dyrektor „Seniora+”.
Po kilku spotkaniach Julka polubiła i zaprzyjaźniła się z 10 osobową grupą wspaniałych dziewczyn z humorem. Były jej bliskie! Ceniły sobie radość życia, empatię i poznawani nowych rzeczy i zdarzeń.
Przyszedł dzień wyjazdu po trudnym pakowaniu walizki. Wątpliwości było dużo- kurtka cieplejsza, czy może ta od deszczu, bo Irlandia to deszczowa kraina? Jakie i ile butów? W końcu zamknięta walizka i witaj, przygodo.
Zaskoczenie tuż przed lotniskiem, zakaz wjazdu. Na szczęście przerwa w działalności lotniska była krótka. To była jedyna przeszkoda i niezbyt miła niespodzianka w naszej podróży i pobycie w Dundalk.
Nasza liderka swoim uśmiechem i miłością do każdego człowieka działała cuda. Propozycja kierowcy o podwiezieniu nas autobusem pod hotel Imperial. Julka była już bardzo zmęczona, ale dobry sen i irlandzkie śniadanie sprawił gotowość do działania w następnym dniu.
Spotkanie z paniami z organizacji społecznej przy herbacie i ciasteczku było pełne serdeczności. Tak jak w Polsce, tak i w Irlandii, na spotkania przychodzą tylko kobiety.
Radika, hinduska osiedlona w Irlandii, na warsztatach próbowała zmusić nasze mozgi do działania. Wypisywałyśmy nasze przemyślenia i odczucia pod różnymi obrazkami, które wycięły z różnych gazet. Tematy były różne, tak jak różne jest nasze życie.
Rysowanie z zamkniętymi oczami miłych dla siebie scen, przyniosło dużo śmiechu i radości.
Następny dzień to zwiedzanie Dublina. Dublin dla Julki był zaskakująco kolorowy, kolorowe domy, autobusy piętrowe i gwar uliczny. Miasto tętniło życiem.
Po odwiedzeniu sklepu z pamiątkami, czas przyszedł na kawę i to nie byle jaką, bo po irlandzku i do tego miejscowy smakołyk dobre ciacho. Co nieco rozleniwione dotarłyśmy do Uniwersytetu. Miły gwar młodych ludzi pobudził zmysły i każda z uczestniczek chciała zwiedzić Starą Bibliotekę i zobaczyć kultową księgę z Kells. Główna, 65 metrowa, komnata przechowuje 200000 najstarszych książek. Ta bibliotek zaliczana jest do najwspanialszych bibliotek na świecie. Myśmy to widziały. Nie ominęłyśmy też zwiedzania zamku królewskiego w Dublinie. Robiłyśmy zdjęcia w komnatach królewskich. Sala balowa została wykorzystana przez Elę i Ulę do walca angielskiego.
Pełne wrażeń ze stolicy wróciłyśmy zatłoczonym pociągiem do Dundalk. Odpoczynek przy klasycznym obiedzie Fish and Chips. Następny dzień i nowe wrażenia, bo przemieściłyśmy się na półwysep Howth.
Zapobiegliwa i dbająca o wszystkich Agnieszka zabrała zapasy jedzenia. Zanim rozłożyłyśmy piknik na molo, Małgosia wzięła w rękę kanapkę i w tym czasie została zaatakowana przez wielkie mewy. Całe stado mew atakowało Małgosi głowę, ręce. Obraz jak z filmu „Ptaki”. Przeżyłyśmy lęk, to był horror.
Później przejazd nad otwarte Morze Irlandzkie, spacer po klifach zapierał dech w piersiach. Pogoda wymarzona, słońce i umiarkowany wiatr.
Dzień przed wyjazdem odbyła się bardzo ciekawa wyprawa autobusem do Carlingford- wsi położonej nad zatoką na półwyspie Cooley, u podnóża pasma górskiego. Carlingford to średniowieczna wioska, skansen ówczesnej Irlandii. Zauroczona byłam położeniem miasteczka. Urocze kolorowe domki prawie przy ziemi. Tu wszystko jest zabytkowe, wąskie uliczki przesiąknięte są historią i urokiem starego świata.
Uwieńczeniem spaceru był posiłek w tradycyjnym irlandzkim pubie, który datuje powstaniem do 1771 roku.
Julia nie mogła sobie odmówić skosztowania świeżych owoców morza. Gdzie jak nie tu, spróbować świeżych ostryg. Nigdy wcześniej nie jadła tego przysmaku. Miała trochę obawy, czy to danie będzie tak wykwintne, jak sobie wyobrażała. Nie było łatwo, ale ciekawość smaku przewyższała lęk. Razem z Anią jadły ostrygi i kraby. Smak i wspomnienia na długo zostały.
Julka cieszyła się ostatnią chwilą w Irlandii. Nawet bardzo ranny powrót do Polski nie zburzył dobrych myśli i przeżyć.
Cieszyła się, że znalazła się w innym świecie bez codzienności. Wdzięczność za te chwile przechowuje w swojej pamięci i sercu.
Kinga
Był szary, pochmurny dzień, kiedy otworzyłam oczy. Na zegarze było już prawie wpół do siódmej i słońce teoretycznie powinno już wstać. Niestety, nawet małe promyki nie przebijały się przez zwały kłębiastych chmur. Nie dość, że to poniedziałek – jak ja nie lubię poniedziałków- to już pierwszy dzień jesieni i kolejne kartki zrywane z kalendarza. Pamiętam czas, kiedy byłam małą dziewczynką. Czekałam jako dziecko na jesień, na tą złotą polską jesień (tak się o niej wtedy mówiło). Uwielbiałam zbieranie kasztanów. Szłam z mamą do parku, gdzie snuło się babie lato, a pod drzewami leżały zielone kolczaste kulki, często już popękane, z których nieśmiało wyglądały brązowe i lśniące kasztany. Zbierałam je garściami i upychałam po kieszeniach, a nawet potrafiłam zdjąć czapkę i zapełnić ją aksamitnymi złotobrązowymi owocami kasztanowca. Czasami trafiały się egzemplarze jeszcze niezbyt dojrzałe; białe z brązowymi plamkami. Od razu wiedziałam, że z tego kasztanka będzie krówka. Wystarczyło z zapałek zrobić cztery nogi, kopytka to była siarka, szyja z kolejnej zapałki, mały kasztanek jako głowa i krówka jak żywa. Tak samo powstawały konie, żyrafy i inne zwierzątka.
Zauroczenie kasztanami pozostało mi do dzisiaj. Nadal je zbieram i upycham po kieszeniach, wrzucam do torby a nawet do skrzyni w tapczanie (przeleżą do następnego roku).
Zbierając kasztany jako dziecko szurałam nogami po liściach, które spadły z drzew. Przeważały żółte, ale były też rude, zielone, czerwone, a nawet brązowe. Szelest spadających liści, ich koloryt i słońce przebijające się przez gałęzie drzew, na których pozostało jeszcze trochę listowia, zawsze będzie mi się kojarzył z piękną, złotą jesienią, z jej zapachami i kolorami, z moimi dziecięcymi latami.
Ale jesień mojego dzieciństwa to także szare pola, na których od rana uwijały się postacie osnute mgłą – to zbieranie ziemniaków. Po dwie osoby przy koszu, kobiety w chustkach na głowach oraz parskające konie zaprzężone do kopaczki, która wykopując ziemniaki rozrzucała je po całym polu. Wszyscy byli w ruchu, szybko, biegiem, pozbierać to co wykopane do koszy, zanieść i wysypać na wozy. Na koniec zbierania (dzisiaj mówi się wykopki) zgrabiano łętę (te suche łodygi ziemniaczków) i rozpalano ogniska, a w nich były pieczone kartofle. Odrobina soli i cudownie przypieczona skórka, czasami zwęglona i czarna, ale Boże, jak to smakowało! Jeszcze dziś czuję ich smak i zapach. Po wykopkach, wozami załadowanymi po brzegi zwoziło się plony ziemi albo do piwnicy, albo w kopce i zabezpieczało przed zimą. Pamiętam też wycieczki do lasu na grzyby, bo jesień to bardzo szczodra pora roku. Dary lasu: złote maślaki, zielone zajączki, rude rydze, czarne i czerwone koźlary oraz majestatyczne borowiki. W zielonym dywanie mchu połyskiwały brązowe łebki podgrzybków, a wśród wrzosów można było spotkać kozaka. Raz wyszłam z bratem na łąkę położoną w środku lasu. Przez gałęzie drzew przeświecały promienie słońca, więc szliśmy tam, gdzie było jasno. Łąka była otoczona lasem ze wszystkich stron, a na niej biało od kapeluszy. Stały tam jak wojsko; noga przy nodze, kapelusz przy kapeluszu – kanie (czubajki). Ja zebrałam aż 24 sztuki. Brat niewiele mniej. Zaraz nadeszli rodzice, a my zostaliśmy królami grzybobrania.
Albo wspomnienia związane ze zbieraniem owoców w sadzie. Jabłonie – każda inna: atomówka, kosztela, kronselka, landsberska czy malinówka, uginały się pod ciężarem owoców. Gałęzie chyliły się ku ziemi jakby prosiły, żeby im ulżyć. Jabłka, które spadały same i leżały pod drzewami zbierało się oddzielnie i zużywało na bieżąco, a te z drzew, delikatnie zrywane, układało się w sianie, plewach lub sieczce, gdzie leżały do zimy. Te babcia wynosiła do komory i tylko ona miała prawo przynosić je zimą do zjedzenia. Pamiętam wieczory; kiedy siadaliśmy z moim młodszym bratem na zydelkach, a babcia z dziadziusiem na krzesłach. Babcia zawsze miała na sobie świeży, wykrochmalony fartuch w białe i niebieskie paski, na kolanach miskę z jabłkami, obierała nam jedno po drugim, wydrążając środki i podawała obraną cząstkę nadzianą na nóż. Dziadziuś siedział obok i dokładał do pieca, w którym drewno spalało się sycząc, trzeszcząc i strzelając iskrami, a on opowiadał nam o swojej młodości, o historii rodzinny i kraju, o tym jak walczył pod dowództwem Piłsudskiego w roku 1920. Pamiętam jego odświętny i buty oficerki.
Pamiętam dom dziadków, który był kryty strzechą, ogacany na zimę, gdzie była izba biała (pokój) i izba czarna (kuchnia), w której stał ogromny piec chlebowy. To w nim, w tym domu, przyszłam na świat pewnego grudniowego dnia. To w nim nauczyłam się chodzić, stawiając swoje pierwsze kroki na glinianej polepie.
Dzisiaj nie ma tego domu ani ludzi, którzy byli wtedy ze mną.
Nikt nie zatrzyma czasu, nawet gdyby zatrzymał wszystkie zegary świata. Czas upływa, nic dwa razy się nie zdarza, ale pozostają nam wspomnienia i to jest piękne.
Lena
Najpierw się przedstawię. Jestem kobietą około 65 letnią. Mam na imię Rozalia, a nazywam się Różańska. Jestem wdową na emeryturze o dość energicznej posturze z farbowanymi blond włosami lekko opadającymi na ramiona. Ubieram się raczej sportowo, by nie wyglądać śmiesznie no i trochę biżuterii, bo lubię błyskotki, korale, kolczyki, łańcuszki i pierścionki no i oczywiście bransoletki. Mieszkam sama w bloku, w mieszkaniu dwupokojowym z balkonem przy ul. Różanej 2. Trochę ubolewam nas swoją samotnością, gdyż nie mam przyjaciół. Jestem osobą nieprzystępną i gderliwą, i być może to właśnie jest powodem ich braku.
Chciałabym to zmienić i marzy mi się choć jedna przyjaciółka lub przyjaciel do porozmawiania, pospacerowania po parku, wypicia herbaty i pogawędzenia o sprawach dotyczących życia codziennego. Być może pozwoliłoby mi to na zmianę siebie, może łatwiej byłoby nawiązywać kontakty, a życie okazałoby się ciekawsze, nabrałoby jakiegoś rytmu, a nawet celu.
Bardzo lubię podróżować w ciekawe miejsca, zwiedzać różne zakątki świata i patrzeć na architekturę, zabytki, a nawet ludzi – jak żyją i radzą sobie w swoim świecie.
Po dłuższym namyśle pani Rozalia skierowała swoje kroki do biura podróży i wybrała stadninę mieszczącą się na wsi na Pojezierzu Mazurskim. Była to oferta z zakwaterowaniem i nauką jazdy konnej, całe 10 dni.
Bardzo się ucieszyła, bo był to przełom maja i czerwca, czyli piękna wiosenna zieleń przepełniona kwitnącymi kwiatami łąkowymi. A jeszcze myśl, że spełni swoje marzenie i rozpocznie trening jazdy konnej, dodawała jej więcej energii i radości. Jednak pierwsze próby były nieporadne i wymagały sporo wysiłku, no i ten ból nóg, który dokuczał w nocy.
Jednak widok klaczy ze źrebiętami na kolorowej łące zachwycał ją i mobilizował do większego wysiłku korzystania z lekcji doszkalających jej umiejętności.
W krótkim czasie zaprzyjaźniła się z klaczą, na której pobierała lekcje, dokarmiała ją i czyściła. Podziwiała, kiedy wypuszczano ją na wybieg.
Nareszcie czuła się szczęśliwą kobietą, spokojną i spełnioną. Z jazdą radziła sobie coraz lepiej i sprawiało jej to mnóstwo radości i satysfakcji. Nawet w chwilach relaksu przy kawie, snuła marzenia o dalekich podróżach i zwiedzaniu świata.
Ten czas pozwolił jej na duże zmiany do upływającego czasu i do samej siebie.
Teresa
Marzenia, marzenia o zielonej Irlandii nie miały prawa się spełnić, kiedy czas ucieka i coraz mniej odwagi na dalekie podróże.
Nieoczekiwanie, okazało się, że dzięki programowi ERASMUS +ADU, dostałam propozycję wyjazdu do Irlandii z Fundacji „Różne Wątki”
Pierwsza reakcja – CUD, radość, hurra, jadę. Druga myśl, bardziej przyziemna, a co się stanie, jeżeli z jakiś powodów dostarczę kłopotów organizatorkom wyjazdu.\
Postanowiłam włączyć tylko pozytywne myślenie i się udało.
Duży wpływ na zmianę myślenia miały spotkania-warsztaty grupy prowadzone przez Małgosię. Przygotowanie grupy do wyjazdu wymagało trochę czasu.
Okazało się, że grupa wyjazdowa to fajne, ciepłe, radosne kobiety. Nauka podstawowych słów w języku angielskim sprawiała wyzwanie, ale i radość.
Bardzo doceniłam ćwiczenia o budowaniu i pielęgnacji relacji międzyludzkich. Pozwoliły mi na zajrzenie w głąb siebie, poznanie swoich lęków, słabości. Otworzyłam się na inne osoby, łatwiej odnajduję się w grupie. Staram się nie dopuszczać negatywnych myśli.
Wreszcie wyjazd do wymarzonej Irlandii. Radość. Cała grupa jest gotowa na przygodę.
Małgosia, Ania, Agnieszka są aniołami. Robią wszystko, żebyśmy dobrze czuły się ze sobą i w podróży. Późnym wieczorem lądujemy w Dublinie. Miłe zaskoczenie, bo nie pada deszcz. Byłyśmy przygotowane na niepogodę, ale jest tylko dużo chłodniej niż w Polsce, ale z tym sobie radzimy.
Podróż autobusem do hotelu w Dundalk trwa ok. 1,5 godziny. Jest trochę emocji związanych z lewostronnym ruchem. Jeszcze nie miałam okazji tak podróżować.
Pierwszy dzień pobytu zaczyna się śniadaniem w hotelu. Sprawdzamy swoje umiejętności porozumiewania się z kelnerkami. Różnie wychodzi, ale jest zabawnie. Po śniadaniu wychodzimy na krótki spacer po mieście, zaglądamy do pięknego kościoła, z ciekawością obserwujemy ulice, ludzi.
Następnie mamy spotkanie z paniami seniorkami z Dundalk. Spotkania odbywają się w klubie. Jest to liczna grupa kobiet, która chętnie uczestniczy w różnych zajęciach, wykładach. Ważne, że mogą wyjść z domu, spotkać się ze znajomymi, spędzić miło czas przy herbacie, kawie.
Nasza grupa wysłuchała wykładu o roli wolontariuszy. Ta forma pomocy dla ludzi starszych w Irlandii nie jest jeszcze popularna.
Bardzo interesujące było kolejne spotkanie z dyrektorem centrum kultury An Tain Art Centre w Dundalk. Opowiedział o zakresie działalności na rzecz mieszkańców miasta. Porównując błońskie instytucje działające na rzecz kultury, wydaje mi się, że nie powinnyśmy mieć kompleksów.
W tymże centrum spotykamy się z Radiką Iyer, którą poznałyśmy wcześniej w Błoniu. Jest to bardzo ciekawa i inspirująca osoba. Jest pisarką, pisze opowiadania, sztuki, które później wystawia m.in. w centrum w Dundalk. Spotkania z Radiką były bardzo ciekawe. Potrafiła nas zmobilizować do ćwiczeń umysłowych, włączyłyśmy się twórczo w różne tematy, trochę z obawami, ale też i radością.
DUBLIN. Miasto już od wyjścia z pociągu robi duże wrażenie, przede wszystkim architektura. Prawie wszystkie domy są w jednym stylu, kolorowe, zadbane, brak wieżowców. Kolorowe domy, kolorowe środki transportu, duży ruch, dużo ludzi na ulicach – to sprawia, że miasto tętni życiem.
Dużą atrakcją turystyczną są ulice zamknięte dla ruchu samochodowego. Mnóstwo spacerujących turystów, kuszące, kolorowe sklepiki, galerie, kawiarnie, uliczni muzycy. Wszystko nas ciekawi, zachwyca i kusi, żeby się zatrzymać, popatrzeć, posłuchać, napić się kawy.
Czas nas goni, chcemy jak najwięcej zobaczyć i zwiedzić.
Zwiedzamy Zamek Dubliński, jego część reprezentacyjną. Bogaty, piękny wystrój komnat, w których obecnie odbywają się różne uroczystości państwowe oraz zaprzysiężenia nowo wybranych prezydentów kraju. Kolejnym celem naszej wędrówki jest kompleks budynków uniwersyteckich.
Wszystkie uczelnie w Dublinie są zlokalizowane w jednym miejscu. Stąd też nie dziwi nas mnóstwo młodych ludzi, okupujących każde wolne miejsce.
Tutaj zwiedzamy Trinity College- Bibliotekę Uniwersytecką, w której znajduje się jeden z najważniejszych zabytków chrześcijaństwa irlandzkiego – Księga z Kellis, zwana również Ewangeliarzem z Kellis.
Niesamowite wrażenie robi ogromna sala biblioteki, jednej z najpiękniejszych na świecie. Zabudowana dębowymi półkami, wypełniona setkami tysięcy bezcennych książek. Nastroju powagi, uczoności, dodają marmurowe popiersia filozofów, pisarzy, uczonych. Trudno nie wspomnieć o symbolu Irlandii, bezcennym zabytku, najstarszej harfie.
Niestety, czas nieubłaganie ucieka, czeka nas powrót do Dundalk. Moim marzeniem było zobaczyć przyrodę Irlandii, pola, wsie, miasteczka, morze i klify. Marzennie staje się realne w kolejnym dniu, podczas wycieczki do miasteczka Howth.
Howth- urocze miasteczko nad Zatoką Dublińską. Spacerując po molo, podziwiamy w porcie piękne jachty, statki rybackie.
Największe wrażenie robi wejście na klify. Trzeba pokonać stromizny, ale widok warty jest wysiłku. Przepastne stromizny klifów i bardzo głęboko niebieska woda, hen, po horyzont. W dole, na zielonej powierzchni terenu, pięknie usytuowana latarnia morska. Widok jak z obrazków.
Dopełnieniem wrażeń z wyjazdu była wycieczka do cudnie położonego miasteczka Carlingford nad zatoką o tej samej nazwie.
Z jednej strony miasto otaczają wody zatoki, z drugiej pasma dosyć wysokich wzgórz, które zachwycają kolorami jesieni. Miasto w słońcu wygląda bajkowo, stare, niskie, kolorowe, pięknie usytuowane domki, obwieszone żywymi kwiatami.
Wąskie i kręte uliczki kryją dużo sklepików, kawiarni, restauracyjek. To tutaj niektóre osoby z naszej grupy, po raz pierwszy posmakowały ostryg i krabów, wcześniej złowionych w zatoce.
Oprócz wrażeń wzrokowych, byłyśmy ciekawe smaków kuchni tradycyjnej Irlandii. Jest nieco inna od naszej, ale również bardzo smaczna.
Wszystko co zobaczyłyśmy, posmakowałyśmy, to dzięki wspaniałym organizatorkom wyjazdy, Małgosi i Ani.
Ich troska, zaangażowanie, ciepło, którym nas otaczały były wzruszające. Wyrazy uznania za organizację wyjazdu i pobytu.
Dziękuję.
Irena
Jest piękny wrześniowy poranek, widać wschodzące słońce. Obudziłam się z planami, że dzisiaj pojadę do Howth zobaczyć klify. Przebywam na urlopie w pięknej Irlandii.
Dzień był wspaniały, widoki zapierające dech, przepiękne, spektakularne krajobrazy. W drodze powrotnej wsiadłam do pociągu, zmęczona, zamyśliłam się. Naprzeciwko mnie siedziała mała dziewczynka z mamą.
Usłyszałam, że dziewczynka rozmawiała po polsku. W ręku trzymała małą, białą owieczkę maskotkę. Odezwałam się do niej polsku, że mnie też podoba się ta owieczka, zobaczyłam radość w oczach dziewczynki. Zaczęłyśmy rozmawiać, powiedziała mi, że chodzi do przedszkola, ma 6 lat i na imię Marcelina. Zwierzyła mi się, że u niej w przedszkolu ma kolegę Adasia, który jest strasznym łobuziakiem. Bardzo by chciała, żeby jej kolega był grzeczny, wyczułam, że chciałaby się już z nim spotkać. Zapytałam się Marcelinki, czy jej owieczka ma imię, odpowiedziała, że jeszcze nie. Zaproponowałam, że może da jej moje imię, ale ona ze smutkiem stwierdziła, że nie zna mojego imienia. Nazywam się Ela, powiedziałam. Uśmiechnęła się i odpowiedziała, że jej babcia też ma na imię Ela. Nawiązała się między nami rozmowa, podróż mijała przyjemnie. Dziewczynka opowiadała mi o sowim przedszkolu, koleżankach, kolegach, a w szczególności o Adamie. Zwracała się do mnie po imieniu. Marcelina wychodząc z pociągu, machała mi raczka, przesyłałyśmy sobie pocałunki i serduszka. Czekała z mamą na peronie do momentu aż pociąg odjechał. Pozostała we mnie radość, że spotkałam tak cudowna dziewczynkę. Wróciłam po dniu pełnym razem.
Mieszkam w Dundalk. Wieczorem usiadłam na tarasie, z którego roztaczał się piękny widok na ogród. Trawa miała piękny zielony, soczysty kolor, krzewy i drzewa tworzyły wachlarz barw. Widok był piękny, nagle zauważyłam przejeżdżający samochód, był to czerwony kabriolet, a w nim jechały zapoznane w pociągu Marcelina z mamą. Po chwili samochód zatrzymał się. Mama Marcelinki chodziła koło auta, rozmawiając przez telefon. Przez pół godziny nie odjeżdżały. Zaniepokojona, podeszłam do nich i dowiedziałam się, że mają awarię samochodu, a dziś pomoc drogowa nie przyjedzie. Zaproponowałam mamie Marcelinki, że mogą zanocować u mnie. Dziewczynka bardzo się ucieszyła, mama nie chciała się zgodzić, ale po pewnym czasie ustąpiła. Z Kasią, mamą dziewczynki, piłyśmy herbatę na tarasie, a Marcelinka ze swoją białą owieczką w ręku biegała po ogrodzie i śpiewała z radością, co ożywiło ogród. Wieczorem szybciutko zasnęła.
Rano przyjechała pomoc drogowa i samochód został naprawiony. Po śniadaniu pożegnałyśmy się ściskając i całując. Do Polski wracałyśmy w inne dni, szkoda, że nie razem. Ciekawa jestem, czy też w Polsce splotą się nasze drogi, bardzo bym chciała, by ta znajomość trwała dłużej.
Wszystko zaczęło się od emerytury. To właśnie wtedy zaczęłam bardziej korzystać z życia.
Gdy już odchowałam dzieci, odchowałam wnuki, pojawiło się wreszcie więcej czasu dla siebie i postanowiłam zacząć się rozwijać
Zaczęłam uczyć się języka angielskiego, co zawsze było moim marzeniem. Dołączyłam do Uniwersytetu Trzeciego Wieku, gdzie cały czas uczę się czegoś nowego.
Od zawsze marzyłam o tym, aby zwiedzić świat i wreszcie zaczęłam realizować swoje marzenia. Tylko w tym roku odwiedziłam wiele słynnych europejskich stolic, jak i polskich miast. Rok podróży zaczęłam od czeskiej Pragi. Jest to bardzo piękne, stare, zabytkowe miasto, które nie było zniszczone w trakcie II wojny światowej. Najbardziej w pamięć zapadł mi słynny Most Karola – ikoniczny symbol miasta.
Miesiąc po wycieczce do Czech wybrałam się do stolicy Litwy, Wilna, gdzie udało mi się być przed obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej
Spotkało mnie tam dużo szczęścia, ponieważ reszta wycieczki nie miała możliwości zobaczenia obrazu. Byłam również na Wzgórzu Giedymina, skąd podziwiałam piękną panoramę miasta.
Nie minął miesiąc od wizyty w Wilnie i przyszła pora na kolejna przygodę. W maju wybrałam się do Włoch.
W słynnej stolicy kraju – Rzymie, widziałam Koloseum Panteon, czy najsłynniejszą fontannę w mieście – di Trevi. Miałam też przyjemność być na pierwszej oficjalnej audiencji papieża Leona XIV, co było dla mnie wielkim przeżyciem.
Po wizycie w stolicy Włoch odwiedziłam Monte Cassino, gdzie złożyłam kwiaty na grobie poległych tam polskich żołnierzy.
Byłam także w partnerskim mieście gminy Błonie – Coreno. Mieszkańcy miasteczka przygotowali dla nas przyjęcie i poznaliśmy burmistrza miasta.
Gdy wycieczka po Włoszech dobiegła końca, zrobiłam sobie przerwę od europejskich podróży i zwiedzałam nasza piękną Polskę.
Odwiedziłam takie miasta jak: Malbork, Elbląg, Bydgoszcz, Poznań, Szczecin czy Kraków, więc można powiedzieć, że przejechałam cała Polskę,
W lipcu wróciłam do zwiedzania Europy i udałam się do Wiednia, gdzie moim marzeniem było być na koncercie Orkiestry Filharmonii Wiedeńskiej i niestety bardzo się rozczarowałam, bo było tak dużo ludzi, że nie było nic widać na telebimach i nie można było się skupić na muzyce, ponieważ cały czas ktoś się przepychał i przeszkadzał.
Jednak nie opuściłam tej stolicy w złym humorze, gdyż zobaczyłam słynny Hundertwasserhaus i zrobił na mnie wrażenie. Trafiłam też na paradę równości, co było ciekawym doświadczeniem.
W drodze powrotnej z Wiednia udało mi się zwiedzić stolicę innego kraju, Słowacji – Bratysławę. Tam zwiedziłam tzw. “Niebieski Kościół” pod wezwaniem św. Elżbiety, który bardzo mi się podobał. W sierpniu po raz kolejny już w swoim życiu płynęłam promem. Tym razem padło na Szwecję, gdzie zwiedzałam Ystad i Malmo.
To nie był mój pierwszy raz w tym kraju. Ze Szwecji do Danii jechałam słynnym mostem Öresund, łączącym te dwa kraje. Kopenhaga bardzo mi się podobała. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Biblioteka Królewska, gdzie jedna ściana jest przezroczysta i odbija się w niej woda z kanału. Będąc w Kopenhadze widziałam kultowa Mała Syrenkę, z której ta stolica jest słynna.
We wrześniu odbyłam swoją ostatnią już w tym roku podróż do innego kraju, a była to Irlandia. Tym razem oczywiście nie obyło się bez przygód. Już w drodze na lotnisko spotkała mnie niespodzianka. Lotnisko było zamknięte z powodu porzuconego bagażu, więc przez około godzinę czekałam wraz z innymi na ulicy, aby wreszcie wsiąść do samolotu. Naturalnie nie był to już mój pierwszy lot, trafiłam na moje ulubione miejsce przy oknie skąd mogłam podziwiać widoki, a później chmury. Już na miejscu spotkała mnie kolejna przygoda, tym razem bardzo miła
Z Dublina mieliśmy się udać do Dundalk. Wiozący nas autobus nie miał przystanku przy naszym hotelu i kierujący nim kierowca telefonicznie załatwił z kierowca innego autobusu, że drugi kierowca zawiezie nas do hotelu, podczas gdy jego autobus wcale nie miał tam kursu. Było to dla nas bardzo mile i pokazało życzliwość tych ludzi.
Z samej stolicy kraju pamiętam bibliotekę uniwersytecka, w której nie było książek, które były oddane do renowacji, robiło to wrażenie. Irlandię na pewno będę dobrze wspominać, dużo zieloności, kolorowych domów no i wspaniałe towarzystwo.
Ten rok byt dla mnie wyjątkowy, bo naprawdę bardzo dużo podróżowałam i dużo widziałam. Poznałam wiele ciekawych osób i z niektórymi z nich utrzymuję kontakt. Mam jeszcze jedno niespełnione marzenie. Kiedyś chciałabym polecieć balonem. Może uda mi się to w przyszłym roku.
Urszula
Jest rok 1935.
W Warszawie powoli Zapada mrok. ulicami jadą do rożki, a tłumy pieszych spieszą do domów. na końcu wąskiej uliczki młoda dziewczyna w ciemnej chustce na głowie uchyliła ciężką bramę i zniknęła w głębi kamienicy. Michalina po bardzo pracowitym dniu nareszcie wraca do swojego malutkiego mieszkania. od świtu pracowała w domu bo zamożnej mieszczańskiej rodziny. sprzątała, gotowała posiłki. jutro sobota, ten dzień dużo zmieni w jej życiu. 12 marca 1935 roku zostanie żoną Jacka. spojrzała na białą skromną sukienkę i uśmiech rozjaśnił jej twarz. wszystko przebiega tak jak zaplanowali. para młodych przekracza próg kościoła, czekają na księdza i rozpoczęcie ceremonii zaślubin. Jacek jest bardzo niespokojny rzuca wokół nerwowy spojrzenia i nagle szepcze zaraz wrócą. Michalina zaskoczona pyta co się stało ale nie otrzymuje odpowiedzi. mijają długie minuty a on nie wraca Michalinie łzy płyną z oczu. już wie że ją zostawił stała samotna i opuszczona. wtedy Podszedł do niej młody, przystojny i elegancko ubrany mężczyzna. Wziął ją pod rękę i poprowadził do ołtarza. i tak, niespodziewanie, ślub zawarli Michalina i Józef. ojciec Józefa gdy dowiedział się co on zrobił natychmiast zabrał go do domu. okazało się że Józef pochodził z bogatej rodziny. on i jego przyjaciele Wymyślali najróżniejsze figle, Byle się tylko zabawić. na przykład wybierali fikcyjną parę młodych podjeżdżali do kościoła aby potem bawić się na weselu. tego dnia też miało być podobnie, lecz żart zmienił się w poważne zobowiązanie. Józef zniknął z życia Michaliny zaraz po wyjściu z kościoła kropka ona jednak nie potrafiła o nim zapomnieć. dowiedziała się kim jest i że mieszka w Warszawie. przez prawie 6 lat obserwowała go z daleka. Lecz kiedy w czasie II wojny światowej rodzinny dom Józefa został zburzony, Michalina przyszła z pomocą. wtedy ona zaopiekowała się mężem i znalazła wspólne mieszkanie. już nie z przypadku lecz z wyboru stali się prawdziwym kochającym małżeństwem.
Barbara













